Historia ,którą wam opowiem zaczęła się … Chwila,myślę .To było jakoś tak.
-Możecie się kurwa zamknąć , jeszcze chwila i zawracam,wrzeszczycie od godziny. Zaraz kuźwa skończę to drinkowanie. Nerwy mi puszczały i musiałem coś zrobić.Robert i Marcel dobre chłopaki,bracia,ale często mieli odmienne poglądy.
-Wojtek,stary proszę cię,ja muszę do pracy .Kobieta,dzieci,brak roboty . Prawie płakał.Jeszcze ten mnie tu wkurza,a miało być szybko i cicho.Ten płaczek to Bazyl szwagier Marcela,podobno coś wie o wykończeniach i jest niezłym elektrykiem.
-Czy ja mówię kurwa po rumuńsku ? …..¥? -Chyba jednak znam rumuński. Pomyślałem na głos. Reakcji brak,lekkie hamowanie i stoimy na przydrożnym parkingu.Marcel zasną.
–Słuchaj Robert znamy się szmat czasu,pamiętam jak bawiliśmy się jako gówniarze. Lubie cię ,ale jak nie dogadasz się z Marcelem ,nic z tego nie będzie.
-Wiem wiem,damy rade spoko,będzie dobrze. Delikatnie mówiąc miałem wątpliwości,ale nie miałem za bardzo wyjścia.Wyszedłem z auta i poszedłem po kawę. Lubie kawę ,co ja mówię bardzo lubię, ale niestety jakość tej pozostawiała wiele do życzenia.Po piętnastu minutach ruszamy.Wreszcie cicho, Marcel i Robert śpią…Ale Bazyl nie.
–Dzięki tobie , mam szanse wyjść na prosta,dzięki Wojtek ,że mnie wziąłeś na robotę do Niemiec.
-Marcel cię polecił ,mam nadzieje , że dobrze zrobiłem .
-Nie bój się , obiecuje będzie dobrze. Zmarszczyłem czoło i przytaknąłem bez przekonania.Niestety przyszłość szykowała dla mnie masę nie zawsze miłych niespodzianek .Rozmawialiśmy dosyć długo na rożne tematy.Głównie zależało mi żeby nie dopadł mnie sen.Na miejsce planowałem dotrzeć nad ranem, więc miałem nockę z głowy.Do granicy mieliśmy jeszcze jeden postój na kibelek.Na przejściu granicznym spokojnie, tylko musiałem towarzystwo obudzić. Dalsza podroż właściwie opłynęła bez większych problemow. Jednak myśl czy zrobiłem dobrze zabierając chłopaków ze sobą dawała czasem o sobie znać.Jak się powiedziało A to trzeba jechać dalej. Zaczęło świtać kiedy dojeżdżałem do Frankfurtu. Piękny wschód słońca witał nas odpartymi ramionami .Miasto budziło się powoli i ruch na ulicach był jeszcze mały, wiec spokojnie i bez korków
przejechałem miasto i zaparkowałem pod domem wynajmowanym przez Staszka i jego współlokatora Węgra o imieniu Szajol.Staszek wyszedł nas powitać, przedstawiłem mu chłopaków. Zmierzył ich wzrokiem i uśmiechnął się ,ale czy to był uśmiech zadowolenia czy wręcz przeciwnie trudno ocenić. W każdym razie pierwsze lody zostały przełamane.Zabraliśmy bagaże i wnieśliśmy do domu. W środku panował delikatnie mówiąc nieład a w powietrzu unosiła się cudowna won wczorajszego potu.
-Tu kuchnia ,tu salon z jadalnią ,łazienka tam , kibelek jest tutaj .W tym pokoju śpi Węgier, teraz go niema .Lepiej zachowujcie się cicho bo to trochę dziwny gość.
-A gdzie będziemy spać? Zagadną Marcel
-Moment , w salonie śpię ja i Staszek , dla was jest ten pokój obok. Weżcie torby i rozpakujcie się.
-Co za chlew, weź no człowieku jak tu spać ?
-Słuchaj Marcel nie chrzań mi tu , uwierzył bym , ze z ciebie taki czyścioch jakbym nie widział twojej chaty.Odpuść sobie te teksty i ograni tu trochę .
-Dobra, dobra coś taki nerwowy.Ee kurna a śniadanie?Co mamy na głodnego jechać?
-Panowie ogarnąć się, wypijemy kawę,Staszek zrobi kanapki i jedziemy na robotę.
-Wojtek możesz na słówko ? Wyszliśmy z domu ,lekko padało. -Mam nadzieje , ze oni znają się na robocie.
-Powiedziałem ci tyle co sam wiem ,w najgorszym razie będą robić jakieś prace pomocnicze, ale myślę ,ze bardziej się przydadzą. Wypiliśmy kawę ,wrzuciliśmy coś na ząb i pojechaliśmy na budowę. Moje auto zostawiłem zaparkowane na ulicy . Jeździć będziemy autem Staszka , starym Volkswagenem.A ponieważ jedynym gościem ,który ma prawo jazdy jestem ja, zostałem etatowym szoferem .Średnio mi się to widziało ,ale jak nie ja to kto? Tak przy okazji myśl mnie naszła ,że to szoferowanie to jakieś moje fatum lub przeznaczenie czy cóś ?
